Grossglöckner

Grossglöckner

W ciepły niedzielny czerwcowy poranek, kiedy rosa jeszcze utrzymywała się na trawie, a słońce schowane było za cienką warstwą chmur, zatrzymałem się na parkingu w małej miejscowości pod Krakowem. Wyszedłem z samochodu, żeby się przejść. Kilkaset metrów za drzewami rozciągał się ładny widok na małą dolinę, a niedaleko rosły 3 czereśnie pełne soczystych owoców.

Pomyślałem, że to dobre miejsce, żeby przypomnieć sobie, co działo się jeszcze kilka dni temu daleko stąd.

Po kilku przyjemnych zimowych wejściach w Tatrach: Świnica w styczniu Kościelec i Mnich w lutym, Kozi Wierch i Rysy w marcu, naturalnym krokiem dalej wydawało się wejść trochę wyżej. Gdzie jest wyżej? W Alpach. Dokładnie w Alpach Centralnych ponad lodowcem Pasterze. Tak, oczywiście, chodzi o Grossglockner. Charakterystyczna piramidka, której nie można pomylić z inną górą w tym rejonie. Chodziło mi po głowie powtórzenie szkolenia w warunkach alpejskich i pochodzenie po lodowcu, więc wybrałem się tam z Kilimanjaro, a „sztuki tajemne” miał nam przekazać Andrzej Maciata.

Sobota, 2 czerwca

Wyjazd z Krakowa z Andrzejem (to drugi Andrzej) i po drodze z Katowic zgarnięta Ola. Droga długa, ale sprawnie przejechana. O 19 siedzimy już w Lucknerhaus na wysokości 1900m n.p.m. gdzie mamy spędzić pierwszą noc w sześcioosobowym pokoju i czekamy na resztę ekipy. Alpy witają nas chmurami i deszczem, ale wieczorem wypogadza się i ukazuję się nam po raz pierwszy nasz cel wyprawy.

Niedługo pojawia się Maciek, Piotrek i zgarnięty po drodze z Dachstein – Andrzej. Wieczorek zapoznawczy mija w przyjemnej atmosferze, ale kiedyś trzeba się położyć.

Niedziela, 3 czerwca

Pobudka rano, ale nie za wcześnie rano. W końcu trzeba się wyspać, spokojnie zjeść śniadanie, bo przed nami 5 godzin wolnego marszu na wysokość 2801 m n.p.m. do Stüdlehütte. Widok na zęwnątrz zmienił się z dobrego na idealny.

Wyruszamy wolno, o wiele za wolno jak na moje standardy, ale po chwili przekonuję się, że z plecakiem 20kg na plecach i drugim lżejszym z przodu rekordu przejścia raczej nię będę ustanawiał. Dlaczego ten plecak taki ciężki? Niby nic takiego – śpiwór, jedzenie na 3 dni, kuchenka, gaz, ubrania, sprzęt, lina itd. a jednak uzbiera się na całkiem spory ładunek. Bez dodatkowych majtek i skarpetek, bluzy by się pewnie obeszło, ale następnym razem pewnie się okaże, że jednak by się przydały. Do minimalizmu dochodzi się jednak dłuższy czas. Patrzę jednak na pozostałych i zastanawiam się, co oni tam mają w tych jeszcze większych plecakach. Sherpów brak – trzeba wszystko na górę wnieść samemu.

Mimo wolnego tempa szybko pniemy się w górę. Jak na czerwiec w Alpach Centralnych bardzo dużo śniegu. Na tyle dużo, że oba schroniska Stüdlehütte i Erzherzog Johann Hütte jeszcze zamknięte (zwykle są otwierane z początkiem czerwca).  Do dyspozycji mamy więc tylko Winter Room, w którym trzeba sobie narąbać drzewa, napalić w piecu, zagrzać wodę na kuchence i spać w śpiworze.

Po około godzinie marszu docieramy do pierwszego przystanku – Lucknerhütte na wysokości 2241 m n.p.m. Chwila wygrzewania się na słońcu w chłodnym powietrzu i trzeba znowu zarzucić plecak na obolałe już trochę plecy i piąć się dalej w górę.

Po chwili schronisko staje się małym punkcikiem w coraz bardziej wysokogórskim pejzażu, a przed nami pojawia się coraz więcej śniegu. Słońce przygrzewa mocno i próba przyspieszenia kończy się tylko wylewaniem  siódmych potów. Bez okularów lodowcowych ani rusz, a nawet nie jesteśmy na lodowcu. Mijamy za to żleby pełne sunących z prędkością samolotu odrzutowego rzek i huczących podobnie głośno. Robi się trochę bardziej stromo i trzeba trawersować kilka prostych śniegowych płatów.

Do schroniska docieramy tuż przed 13-stą po niecałych 4 godzinach marszu. W Winter Roomie tylko 2 zajęte materace, więc nie jest źle, ale w trakcie dnia dochodzi jeszcze parę osób.

Uzupełniamy nasze brzuchy, kuchenki turystyczne idą w ruch. Po jedzeniu i odpoczynku pora na ćwiczenia z ratownictwa lodowcowego „na sucho”. Ćwiczenia nigdy za wiele, żeby w przypadku rzeczywistego wypadku móc zareagować automatycznie i bez zbędnego stresu.

Mimo prawie już lata i długiego dnia słońce znika za horyzontem (a raczej za górą), i nie pozostaje nic innego jak położyć się spać.

Poniedziałek, 4 czerwca

Aklimatyzacja. To najważniejszy, choć nie jedyny cel w tym dniu. Jak najlepiej się zaaklimatyzować? Na przykład wchodząc na trochę niższy szczyt, niż ten docelowy.  Wyznaczamy trasę na mapie i obliczamy azymuty i czasy przejścia. W czasach GPS-a i map elektronicznych (ja używam Alpine Quest) to trochę  niechciany element przygotowania, ale może się naprawdę przydać chociażby gdy rozładuje się urządzenie lub telefon. Tak więc, dobra mapa i dobry kompas w plecaku waży niewiele, a czasem może uratować, gdy zrobi się nieciekawie.

Ruszamy stromym zboczem na lodowiec po południowo-zachodniej stronie Grossglocknera i nasz cel to dojście na jeden ze szczytów powyżej 3500m n.p.m.  Warunki z rana bardzo dobre. Jest słonecznie i bardzo ciepło. Przed wejściem na lodowiec wiążemy się w zespołach 3 osobowych.

Droga wydaje się być prosta, ale trzeba być bardzo czujnym. Maj to szczególnie niewdzięczna pora na chodzenie po lodowcu. W zimie szczeliny są zwykle zasypane zmrożonym śniegiem. W lecie szczeliny są widoczne i łatwo je ominąć. Za to na wiosnę śniegu jeszcze jest sporo, szczeliny są niewidoczne, a szybko mięknący śnieg to idealna pułapka na alpinistów. Idzie się w trochę ciemno.

Na zdjęciu: droga czerwona, którą poszliśmy, droga zielona, którą powinniśmy byli iść.

Idę jako pierwszy i trzymam się śladów. Jak się potem okaże, to niekoniecznie był dobry pomysł. Ślady zaprowadziły nas trochę za wysoko i nagle zrobiło się niebezpiecznie, bo w górze i w dole widać szczeliny, a jestesmy na środku lodowca w srefie rozprężeń. Zrobiliśmy krótki postój, zastanawiając się, w którą stronę się kierować. Postanowiliśmy jeszcze iść dalej prosto w kierunku północnym, kierując sie na Teufelskamp (3511 m n.p.m.). Po kilku krokach nagle moja jedna noga wpada po pas do czarnej dziury, z której udało mi się szybko wyskoczyć.  Obyło się bez ratowania.

Na zdjęciu: Szczeliny i bezpieczna strefa do odpoczynku wyznaczona kołem (to akurat mój pomysł, choć nie jestem jego autorem)

Po krótkiej konsultacji, postanawiamy zejść wzdłuż przykrytej śniegiem, ledwo widocznej szczeliny w kierunku zachodnim. Tym razem już bez niespodzianek docieramy do skał i stąd mamy piękny widok na Teufelskamp i Romaniswandköpfe (3511 m. n.p.m.). Przed nami widać cel, ale zastanawiamy się, bo śniegu dużo, a w oddali widać lawinisko. Ruszamy, ale tym razem na prowadzeniu doświadczony Andrzej Maciata – nasz guru.

O godzinie 12:40 stajemy na szczycie Teufelskamp bo mozolnym podejściu na szczyt. Widoki zapierają dech w piersiach, a w szczególności widok na cały lodowiec Pasterze i majaczący w oddali kompleks Keiser-Franz-Joseph Höhe.

Chciałoby się tu zostać cały dzień, albo dłużej, żeby delektować się tym widokiem niekończących się gór. Trzeba jednak wracać, zwłaszcza, że od dłuższego czasu z południa ciągną się za nami coraz wyżej wypiętrzające się chmury. W dół idzie się szybko i przyjemnie i dochodzimy do lodowca ze szczelinami. Tym razem prowadzi znowu mój zespół, ale ja idę na końcu. Idziemy tym razem niżej, ale chyba nie wystarczająco nisko, bo po kilkuset metrach prowadzący Andrzej (ten drugi) znika po pas w szczelinie. Jakimś cudem, udaje mu się zablokować i kończy się tylko na strachu. Znowu stoimy i zastanawiamy się czy wracać czy posuwać się ostrożnie do przodu. Trochę robi się nerwowo, bo nagle słychać głośne pękanie i trzaski i instynkt podpowiada – uciekaj!

No, ale od czego mamy Andrzeja-guru. Znowu idzie na czoło pochodu i ostrożnie każdym krokiem posuwamy się do przodu. Tym razem kolejną szczelinę zalicza Maciek, będący w środku „łańcuszka”. Stawiasz stopę w tym miejscu co poprzednik – on przechodzi – Ty wpadasz. Zawsze trzeba być czujnym. Na tym na szczęście kończy się zwiedzanie szczelin. W międzyczasie robi się pochmurnie i pierwszy zespół, jakby pchany wiatrem znika nam z pola widzenia. Pozostają ślady, ale czujność zostaje. Wygląda na to, że mamy element szkolenia – radźcie sobie sami. OK – damy radę.

Tymczasem zaczyna padać coś w rodzaju śniegowego gradu. W dzikim już prawie pędzie docieramy do końca lodowca. Teraz czeka nasz jeszcze zejście po dość niełatwym zboczu, pełnym płaskich płyt. Teraz gdy jest mokro robi się niebezpiecznie. I znowu ze sprawnie działających zespołów przechodzimy w tryb „radź sobie sam”. Pomaga zjazd na tyłku, a niedaleko poniżej czeka śnieg, którym udaje się obejść tą niepozorną pułapkę.

Na zdjęciu: Na tym zboczu rozegrał się mały dramat z zejściem

Wszystko jednak kończy się szczęśliwie. Pozostaje trochę niesmak, że właściwie nikt się nie obejrzał, żeby się upewnić, że nikt za nim na górze nie został. Taki mały zgryz.  Zamykałem stawkę, więc za mną już nikogo nie było.  Ale przynajmniej się znowu czegoś nauczyłem . Teraz tylko marzymy o odpoczynku, jedzeniu i spaniu.

Pod koniec dnia dołącza do nas Adam Ryś, który poprowadzi nas jutro na Grossglockner. O ile pogoda się zmieni na lepszą. Jesteśmy dobrej myśli.

Wtorek, 5 czerwca

Wydaje mi się, że całą noc nie zmrużyłem oka. Znowu ktoś obok chrapał. Najchętniej wstałbym i już poszedł w kierunku szczytu. O 4 rano zaczyna się ruch. Śniadanie, pakowanie i ruszamy wg planu godzinę później. Pogoda idealna. Brak chmur i brak wiatru.

Przez noc z mokrej brei śniegowej zrobił się beton. Zakładamy raki i idziemy na lodowiec pod szczytem. Nie wiążemy się, bo wszystko zamarznięte. Dość szybko dochodzimy pod żleb południowo-wschodniej ściany szczytu. Robi się dość stromo, a śnieg tutaj już nie jest tak twardy. Omijamy grzędę z lewej strony i kierujemy się w stronę kolejnej prowadzącej do Erzherzog Johans Hütte (3451m n.p.m). Wiążemy się liną i wspinamy po via ferracie.

Po niezbyt długiej, ale ciekawej drodze w dość eksponowanym terenie, docieramy do schroniska. Schronisko jeszcze nie działa, ale za to jest dużo jest miejsca do odpoczynku i podziwiania wspaniałych widoków. Jesteśmy tu pierwsi dzisiejszego dnia. Kilka zespołów wyruszyło za nami, ale w porównaniu z pełnią sezonu jest nas wszystkich zaledwie garstka. Cała góra dla nas.

Po dość długiej przerwie dołącza do nas drugi zespół, ale postanawiamy ruszać dalej sami. Zaczynamy atak szczytowy. Najpierw prawie płasko. Jesteśmy już na 3500m, więc idziemy wolno, ale nikt nie narzeka na dolegliwości. Wszyscy maja się dobrze. Robi się za to bardzo ciepło, a do tego śnieg potęguje to odczucie i bombarduje nas wzmożonym promieniowaniem UV. Bez okularów czwartej kategorii ślepota murowana. Dochodzimy w końcu pod żleb Glocknerleitl, gdzie zaczyna się mozolna wspinaczka w dość mokrym i głębokim śniegu. Cały zespół radzi sobie dobrze, choć jedni sapią bardziej od pozostałych.

W końcu docieramy na przełączkę Satelle. Stąd czeka nasz wspinaczka na Kleinglockner (3770 m n.p.m). Tu zaczyna się już zabawa z czekanem i typowa wspinaczka zimowa po średnio trudnym terenie. Ekspozycja tu jest już spora i dla nieobytych z wysokością może to być podwójne wyzwanie, jak dla naszego kolegi Andrzeja czy Maćka z drugiego zespołu. Jak już wydaje się, że jesteśmy na szczycie Kleinglocknera, to okazuje się, że jesteśmy dopiero w połowie. Na szczęście teren robi się trochę łatwiejszy.

Stąd mamy  bardzo fajną grań z dużą ekspozycją. Nie wszystkim to się podoba, ale zachęceni, że dadzą radę pokonują ten bardzo fajny odcinek. Ok. 9 rano stajemy na szczycie Kleinglockner-a.

Dalej czeka nas zejście na przełęcz Glocknerscharte, gdzie na dole mamy dosłownie miejsca na szerokość buta. Przełęcz na szczęście ma dosłownie metr, choć przez chwilę można się poczuć jak baletnica na linie. Tutaj w sezonie są największe korki, więc musi być ciekawie siedzieć na takiej ekspozycji i czekać na swoja kolej.

Pozostaje już tylko ostatnie podejście dość stromą grzędą na wierzchołek. Śnieg jest tylko w górnej partii i początek wejścia w rakach jest trochę nieciekawy, ale ktoś zrobił specjalne wycięcia na raki. Ten odcinek można zaliczyć już do prostej wspinaczki o poziomie 1. Pokonuje się go w górę bardzo sprawnie. Gorzej ze schodzeniem w dół, ale to tylko kwestia doświadczenia.

Z każdym przebytym metrem czujemy się pewniej, i w końcu o godzinie 9:37 stajemy na najwyższym szczycie Austrii jako pierwsi tego dnia.

Czujemy się jak pierwsi zdobywcy. Mimo, iż widoki zasłoniła nam niepokorna chmurka to uczucie jest wspaniałe. Zostajemy tu na dłużej. Zdjęcia, piątki i tym podobne. Po chwili pojawia się dwójka starszych Austriaków, którzy cieszą się z nami. Za jakieś pół godziny pojawia się też nasz drugi zespół i już wspólnie cieszymy się, że wszystkim się udało (przed Kleinglocknerem jeszcze nie było pewne czy drugiej grupie się uda, ale dali radę).

Cieszymy się, mimo wszystko połowicznie. Trzeba jeszcze zejść. Na szczęście pogoda utrzymuje się, a nawet chmury rozwiewają się ukazując nam naszą drogę powrotną, która wcale na łatwą nie wygląda.

Nie spiesząc się powoli tracimy wysokość i niesieni jeszcze na adrenalinie dochodzimy to trudnego momentu zejścia z Kleinglockner-a. Mimo moich obaw, że to może być natrudniejszy odcinek, schodzenie odbywa się całkiem sprawnie. Lepiej nawet niż wchodzenie. Musimy tylko mijać się z trzema zespołami, które dopiero zmierzają w kierunku szczytu. Końcówkę prawie zjeżdżamy na linie trochę bokiem do drogi i lądujemy na Satelle.

Stąd czeka nas już zejście żlebem, które ja akurat wolę pokonywać tyłem. Mniej wtedy obciążam mięśnie czworogłowe i mam lepszą kontrolę nad ewentualnym poślizgnięciem. W końcu jesteśmy na dole i teraz już bez liny idziemy do  Erzherzog Johans Hütte.

Odpoczywamy tu długo. Nie chcę się stąd schodzić. Słońce grzeje, widoki są niesamowite. Nigdzie nam się nie spieszy. Świętujemy wewnętrznie, każdy na swój sposób.

Podziękowania dla całego niesamowitego, międzynarodowego zespołu: Andrzeja, Oli, Maćka i Piotrka oraz dla naszych górskich zawodowców: Adama i Andrzeja. 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *